Treść
W ubiegłą niedzielę uczestniczyłam w wiosennej konwencji :) W życiu nie przyznam się, że troszeczkę się cieszę, że nie zrezygnowałam ze szkolenia. Gdzieś tam na dnie duszy piszczy mi, że jednak to kocham i to jest to, co mi odpowiada. Jednak przerażenie i stres skutecznie ten pisk zagłuszają. Nie wierzę, że mi się uda. Za stara jestem, o! Spotkałam szkoleniowca od wzmacniania. Tego, którego szkolenie wprowadziło mnie w stan powątpiewania i wycia. Byłam bliska rezygnacji z całej imprezy. I nagle dowiaduję się, że "przecież tak dobrze ci poszło u mnie..." Gdybym wiedziała to wtedy, to może zaoszczędziłabym sobie tych nerwów i ryku... Zaczynam podejrzewać, że oczekuję od ludzi nie tylko akceptacji, ale i pochwał. Dopóki ktoś nie powie mi wprost: jesteś dobra w tym co robisz, jestem w stanie zawieszenia i zwątpienia. Nie wierzę w siebie i w swoje umiejętności. Męczące to jest. Nie tylko dla mnie, ale i dla całego otoczenia, które musi wysłuchiwać moich jęków i narzekań. Czas zacząć kontrolować emocje. I zdecydowanie mniej mówić o swoich wątpliwościach. W domu natomiast ćwiczyć pewność siebie i słuchać rad doświadczonych instruktorów. Uczestnictwo w Konwencji dalo mi dużo radości. Coraz częściej myślę o szkoleniu się w kierunku zdrowie - pilates. Te ćwiczenia chyba najbardziej mi odpowiadają. Póki co w maju czeka mnie egzamin, a przede mną mnóstwo nauki. W dalszej (ze względów finansowych) przyszłości chciałabym zaliczyć szkolenia z pilatesu. Do tego będę musiała pójśc na zaawansowanie szkolenie z anatomii... takie sobie plany :) Na razie cierpię. Chyba za bardzo poszalałam ze sztangą, bo bicepsy nie pozwalają mi dzisiaj wyprostować rąk. Wyglądam jakbym za dużo "przypakowała" na siłowni i zapomniała się rozciągnąć ;) A w sobotę i w niedzielę mam drugie spotkanie szkoleniowe. Mam nadzieję, że do tego czasu będę w stanie znowu machać ciężarkami. Zdaje się, że regionalna telewizja będzie nadawać jakiś reportaż z Konwencji. Widziałyśmy przed budynkiem samochód TVP. A wczoraj pewna Anna powiedziała, że widziała zwiastuny na trójce. podobno wlazłam kamerzyście w kadr i można mnie obejrzeć :D Niestety nie wiemy kiedy program będzie nadawany. Z chęcią obejrzałabym siebie w lokalnej telewizji, w tle gwiazd fitnessu :D
Ostatnio Mały zamknął się w łazience. Proszę tyle razy, żeby tego nie robił, bo klamka trochę ciężko chodzi i zacina się. Tak było i tym razem, musiałam pośpieszyć na pomoc.
- Dlaczego zamknąłeś drzwi? Przecież prosiłam, żebyś tego nie robił...
- Żeby mieć troszkę prywatności mamusiu...
:D
A wczoraj kiedy wychodziłam z Dużym ze szkoły po skończonych lekcjach, usłyszałam jak jego kolega z klasy mowi do drugiego kolegi (z tej samej klasy):
- To co, idziemy na pety? Zajaramy!
...
No i teraz mam problem. Naskarżyć matkom? A może się przesłyszałam?
Urlop M mija w zabójczym tempie. Ferie też już za nami. Przez chwilę myślałam, że i zima odpuściła ale niestety. Dzisiaj wstałam i ujrzałam za oknem białość... A później ta białość spadła mi na głowę, kiedy szłam do Babci. I jeszcze dostałam nią po twarzy, bo wieje jakoś tak mocno. W zeszłym tygodniu przywiozłam Babcię do domu. Od początku tego tygodnia zmagam się z wizytami u różnych lekarzy specjalistów, do których nie miałam czasu iść przez kilka ostatnich lat. Efekt jest taki, że po dwóch wizytach jestem lżejsza o ponad 100 zł wydanych na leki. Strach pomyśleć, że przede mną kolejne wizyty. Na szczęście pomalutku wychodzę na prostą jeśli chodzi o załatwianie różnych spraw, ale najważniejsza rzecz wciąż przede mną. Jutro czeka mnie spotkanie z lekarką Babci. Mam nadzieję, że nie zapomnę o niczym.
Zaczęłam dietę proteinową. W poniedziałek byłam pełna entuzjazmu. Wczoraj zaczęłam wątpić. Dzisiaj dopadła mnie chęć na czekoladę :P Póki co nie złamałam się. Czekam. Czuję się osłabiona, dziwnie mi się chodzi, ale to podobno normalne i ma szybko minąć. Jeśli nie minie do piątku to rzucam w diabły to cholerstwo, bo w niedzielę czeka mnie cały dzień ćwiczeń. Przecież to już 7 marca i Wiosenna Konwencja Fitness :) A tydzień później szkolenie. Nie mogę się wyłożyć z osłabienia na środku sali. Przecież mam być instruktorem... Tak sobie rozważam różne rzeczy i zastanawiam się czy to zmęczenie może być spowodowane stresem, którego ostatnio mam pod dostatkiem. A może tym ciągłym bieganiem w tę i z powrotem? Zastanawiam się jak to będzie jak M wróci już do pracy, bo teraz mogę przynajmniej wszystko rozłożyć w czasie i na spokojnie wszędzie zdążyć. Do urzędu, do Babci, do sklepu, do lekarza... A jak to będzie kiedy Mały wróci do przedszkola? Przecież jego muszę odbierać o 12. A jeszcze muszę tam dojechać... Przeważnie w drodze z przedszkola zabieramy Dużego ze szkoły. Później lekcje i obiad. Zanim wybierzemy się do Babci, to będzie już ździebko późnawo... Ale i dni będą coraz dłuższe, więc może jakoś damy radę :) A już bardzo niedługo przestawimy zegarki na czas letni! Dla mnie to zawsze ważny dzień, bo wtedy czuję, że już wiosna przyszła :) A niedługo potem zawiśnie na balkonie pierwsze pranie :P Jeszcze chwilka i znowu będzie lato i ciepło i słonecznie... Łatuś zacznie spędzać sporo czasu na balkonie. Szkoda, że on nie lubi polować. Mru uwielbiał polowania na chrabąszcze. Przynosił mi później takiego delikwenta i składał u moich stóp. Dbał chłopak o mnie, żebym czasem głodna nie chodziła :D Tak bardzo mi go brakuje... Ostatnio wciąż go wspominam. Przypominamy sobie z M różne chwile i zachowania Mru. I chociaż kochamy Łatka, to jednak on nigdy nie będzie taki jak MÓJ Mru... Myślę, że kiedy już zacznie się lato i różne robaczki wyjdą z zakamarków, Mru będzie miał pełne łapki roboty. Tam gdzie jest na pewno nie zabraknie mu "materiału" do polowań ;)
Wczoraj złożyłam PIT w skarbówce. Wiedziałam, że będzie długa kolejka, więc w drodze od przystanku do urzędu wyprzedziłam całe stado ludzi, którzy wysiedli ze mną z tramwaju. Na koniec ostatkiem sił wyminęłam starszego pana, który później stanął za mną w kolejce. Na moje nieszczęście... Pan miał zdaje się zaawansowane ADHD, albo bardzo chciał mnie zdenerwować. Być może była to zemsta za to, że zostawiłam go w tyle. Przez cały czas gwizdał, podśpiewywał, posmarkiwał i ukradkiem spluwał do kąta... Walczyłam ze sobą, żeby nie odwrócić się i nie podać mu chustki higienicznej. Bardzo chciałam powiedzieć mu kilka słów, ale powstrzymałam się, bo ćwiczę silną wolę ( w związku z dietą oczywiście :D). Co za szczęście, że w Urzędzie zrobili gruntowne przemeblowanie i baaardzo dużo stanowisk do przyjmowania zeznań podatkowych. Dzięki temu cała sytuacja nie trwała na tyle długo, żebym straciła jednak cierpliwość i powiedziała panu ADHD, żeby spadał do laryngologa z tymi gilami i przestał też narażać moje wrażliwe uszy na swoje wycie i pogwizdywanie. Zdaje się, że stałam się ostatnio nie do wytrzymania. Kładę to na karb zbyt długiej zimy, która nie chce sobie iść. Dobrze, że mam koleżanki, które potrafią mną potrząsnąć i sprowadzić do pionu przynajmniej na kilka chwil. Kilka razy byłam bliska rezygnacji ze szkolenia. Kilka razy pomyślałam, że jednak nie nadaję się do tego. Kilka razy usłyszałam, że mam wziąć się w garść i nie gadać głupot. Zaczęłam przerabiać anatomię. Nie jest to łatwe, ale na szczęście ciekawe, więc większych problemów z przyswojeniem tego co do tej pory przerobiłam nie było. Co będzie dalej? Zobaczymy :) Spróbowałam ułożyć kilka prostych choreografii. Chyba nie poszło mi najgorzej :) Moim największym problemem jest nieśmiałość. Zawsze bałam się występów publicznych i teraz kiedy się pomylę, lub zapomnę co miało być dalej, wpadam w panikę i mam ochotę usiąść i płakać. Marta twierdzi, że powinnam stanąć przed grupą, skichać się ze strachu kilka razy i później byłoby już ok. Nie wiem czy to byłby dobry pomysł, ale pewnie będę miała okazję spróbować. W gronie znajomych na początek, chociaż nie wiem czy nie wolałabym obcych osób, bo znajomi może będą bardziej wymagający. I oczywiście będą mnie oceniać... Nie lubię jak ludzie mnie oceniają. Boję się negatywnych opinii. Chyba mam niską samoocenę. I całą wiązkę kompleksów na dokładkę. Wymyśliłam, że na początek dobrym rozwiązaniem będzie indywidualna praca z klientem. Pozbędę się stresu bo przy jednej osobie pozbieram się do kupy szybciej niż przy całej grupie. Reszta powinna przyjść z czasem.
Dopadło mnie paskudne przeziębienie. Smarkam i kicham, cierpię na bóle różnego rodzaju. A w sobotę zaczynam nareszcie kolejne szkolenie. Tylko ciekawe jak będę się ruszać. Już we wtorek czułam fatalny ból w stawach. Nic dziwnego, skoro wystałam się w śniegu na przystanku autobusowym. W lesie. Zawiozłam moją Babcię do szpitala... Za nic nie chciała. W poniedziałek Babcia poszła do lekarza. Po badaniu lekarka zdecydowała, że Babcia powinna iść do szpitala. Niestety moja Babcia nie należy do osób użalających się nad sobą i zdecydowanie odmówiła, twierdząc, że ona da sobie radę sama i w domu się na pewno wyleczy szybciej. Oczywiście natychmiast zaczęłam jej to z głowy wybijać, jednak bez skutku. Na drugi usłyszałam: "wiesz, żałuję że nie wzięłam tego skierowania...". Już wiedziałam co zrobię. I tak miałam do Babci jechać, więc po drodze poszłam do lekarki i poprosiłam o to nieszczęsne skierowanie. Usłyszałam, że sprawa jest poważna, ponieważ Babcia długo kaszle i musi być w szpitalu specjalistycznym diagnostyka przeprowadzona. Odtransportowałam dzieci do teściowej i wróciłam do Babci. Jeszcze przez telefon poprosiłam ją, żeby się przygotowała, bo pojedziemy na pulmonologię do Łagiewnik. Babcia wpadła w panikę i powiedziała, że narobiłam jej tylko kłopotu, bo ona zaplanowała sobie całkiem coś innego. A szpital w Łagiewnikach kojarzy jej się tylko i wyłącznie z gruźlicą i ona sobie nie życzy... Owszem leżą tam też chorzy na gruźlicę, w końcu to szpital chorób płuc i alergii oddechowej, ale nie wszyscy chorzy przebywają tam z powodu akurat tej choroby... W końcu Babcia jakoś się pogodziła z myślą o Łagiewnikach. Dostałam od lekarki zlecenie przewozu chorej do szpitala. Zadzwoniłam do pogotowia, miły pan powiedział, że owszem mogą zawieźć, ale dopiero o 16. Była 12. Cztery godziny siedzenia w nerwach... Podziękowałam i zadzwoniłam po taksówkę. Na Izbie Przyjęć czekałyśmy niewiele ponad 15 minut. Wreszcie przyszła kolej Babci do badania. Zlecono RTG klatki piersiowej. Pani doktor wypytała mnie dokładnie co i jak, tylko, że ja nie mogłam udzielić informacji, ponieważ wszelką dokumentację Babcia zostawiła w domu, a ja pamiętam tylko rzeczy dotyczące badań i chorób moich dzieci. Spojrzała na zdjęcie i zleciła kolejne. Prawy bok. "Coś mi się tu nie podoba..." powiedziała. Kiedy podświetliła drugie zdjęcie, zobaczyłam guz wielkości jajka, albo i większy... Zostałam poinformowana, że Babcia nie kwalifikuje się do chemii, ani do operacji, ani nawet do biopsji z racji chorób serca i wieku. Ludzie! Moja Babcia jest za stara, żeby ją leczyć! kazano mi podjąć decyzję czy babcię w szpitalu na kilka dni zostawić czy wypuścić do domu. Jednocześnie usłyszałam, że zagrożenie życia jest i będzie, bo może nastąpić krwotok. Babcia dostanie leki przeciwkrwotoczne, poleży kilka dni w szpitalu i pójdzie do domu. A ja muszę się rozdwoić a nawet roztroić, żeby się wszystkim zająć... Myślę nad tym jak to wszystko zorganizować. Kiedy rozmawiałam dzisiaj z lekarką przez telefon i powiedziałam, że jestem chora i przyjadę jutro dopiero z potrzebnymi informacjami, oburzona pani doktor zapytała: "a nie może ktoś inny z rodziny tego przywieźć?" No nie może... Z tej prostej przyczyny, że nikogo innego nie ma. Jestem tylko ja. Nie cierpię ludzi, którzy z góry zakładają niektóre rzeczy i dają innym do zrozumienia, że są nieodpowiedzialni i mają wszystko w nosie. Otóż nie mam w nosie, ale nie jestem robotem. I tak jutro moja teściowa jedzie z chłopcami do logopedy, a ja do Babci do domu i do szpitala.
A na Walentynki dostałam nowego laptopa. Od męża :)
- Kochanie, kupiłem ci samochód marzeń! Wziąłem 100 000 kredytu i jest! Zakochasz się w nim zobaczysz! Na razie stoi u Piotra w garażu, ale już niebawem go dostaniesz! - M. stał uradowany w przedpokoju i wyrzucał z siebie to wszystko z prędkością serii z karabinu maszynowego.
"JezusMariaStoTysięcyKredytuCoToZaSamochódIDlaczegoTakiDrogiIKTOTOWSZYSTKOSPŁACI!" pomyślałam w panice, usiadłam na łóżku i otworzyłam oczy. Na szczęście to był tylko sen. Chociaż ostatnio nasza babcia zaczęła się buntować i po cichutku zaczęłam myśleć o nowszym samochodzie, to jednak taki za 100 000 to lekka przesada. Gdyby tak wygrać w totolotka... Niestety, nie mam szczęścia. Nawet w dzieciństwie biorąc udział w loteriach typu "każdy los wygrywa", dostawałam najgorsze badziewie. Na przykład zęby wampirze. Swego czasu miałam kilka sztuk. Ku zazdrości moich koleżanek, które wygrywały piłeczki na gumce, albo pierścionki z Sindbadem. A ja nie! I nie rozumiałam dlaczego one tak pragną tych wampirzych zębów. Ostatnio całkowicie jesteśmy pochłonięci oczekiwaniem. Na ferie oczywiście. W tym roku wypadają strasznie późno. Na szarym końcu jesteśmy. Ale już niedługo, całkiem bliziutko. W zeszłym tygodniu zaliczyłam wreszcie "Avatar", chociaż przez chwilę ogarnęły mnie wątpliwości, czy uda mi się zobaczyć ten film kiedykolwiek! Ale jakoś się udało. Oczywiście usmarkałam się i upłakałam straszliwie. Podwójnie. Bo 2,5 h w okularach do 3D to dla moich oczu stanowczo za długo... No dobra, nie tylko z tego powodu łzawiłam. Kiedy Żejksuli klęczał w ichniejszej Częstochowie i przyszła do niego Niebieska, to zrobiło mi się jakoś tak... no... płaczliwie. Dobrze, że Anna była ze mną. Sprowadziła mnie do pionu niewinnym stwierdzeniem: "zobacz jak ona się ubrała!". Śmiałam się chyba z 10 minut. A później zaczęłam się zastanawiać: machnie jej dzieciaka, czy nie? A jak jej machnie to jakiej rasy będzie? Ogólnie film podobał mi się bardzo, bardzo. Chętnie obejrzę jeszcze raz. Acha, nie płakałam jak umarła Riplej. Zdziwiło mnie tylko, że obcego w sobie jakoś zniosła, a zabiła ją kula ze zwykłej broni ;) Wypadki chodzą po ludziach.
Duży zalicza. Religię. W tym miesiącu "Chwała na wysokości Bogu". Uczył się pilnie całą niedzielę, powtarzając modlitwę aż do znudzenia. Kiedy zamiast "Panie, Synu Jednorodzony" usłyszałam "Panie, Synu jednorazowy..." stwierdziłam, że już chyba umie i czas zamknąć podręcznik, bo dziecko mi skołowacieje do reszty. Miałam rację. Dostał 6. I w ogóle Duży dorasta. Na przykład we wtorek poszedł sam do szkoły. Od połowy drogi wprawdzie, ale zawsze... A wczoraj poszedł już spod domu. Ja i Mały jechaliśmy do Babci, szkoła w drugą stronę, więc wcale nie po drodze. Stałam przez chwilkę, żeby dodać Dużemu otuchy, a on odwracał się co chwila i machał do mnie, jakby wypływał gdzieś w morze, ale poszedł. Jestem taka dumna z niego! Pojechaliśmy z Małym do Babci w odwiedziny, w drodze powrotnej weszliśmy do Polo. Kupiłam kawałek "metrowca" na spróbowanie, bo jakoś tak nie składało się wcześniej i nie jadłam nigdy. Przymierzałam się do wykonania samodzielnego takiego ciasta, ale zrezygnowałam po spróbowaniu tego z Polo. Stanowczo nie jest to moje ulubione ciasto i raczej nigdy nie będzie. I z kolejki ciast do wypróbowania też wylatuje. Wieczorem zalogowałam się na FB, żeby zrobić porządki na farmie. Mały kręcił się jak zwykle po całym mieszkaniu aż wreszcie powiedział: "mamusiu daj mi do jedzenia coś z pola". Osłupiałam lekko, bo pola nigdy w życiu nie miałam i nic z pola nie mam. Tym bardziej, że zima w pełni i pola zasypane... Może ziemniaka on chce?
- Synku, przykro mi, ale nie mam nic z pola...
- W kuchni jest, chodź to ci pokażę - upierał się Mały.
Wiedziałam, że w kuchni nic z pola nie ma. Na pewno nie ma. Ale z ciekawości poszłam. Dziecko beztrosko machnęło palcami nad metrowcem, zapakowanym w czerwony papier, z napisem POLO. No tak. Ciasto z POLA :D Taka niedomyślna matka Ci się synu trafiła. Dam Ci za to Grześka z czekolady ;) A wczoraj, kiedy wychodziliśmy z sankami po Dużego do szkoły, Mały powiedział:
- Mamusiu, musimy uważać na słonie.
- ???
- Bo jak mi któryś usiądzie na sankach, to nic z nich nie zostanie...
A 20 lutego zaczynam szkolenie...
- Kochanie, kupiłem ci samochód marzeń! Wziąłem 100 000 kredytu i jest! Zakochasz się w nim zobaczysz! Na razie stoi u Piotra w garażu, ale już niebawem go dostaniesz! - M. stał uradowany w przedpokoju i wyrzucał z siebie to wszystko z prędkością serii z karabinu maszynowego.
"JezusMariaStoTysięcyKredytuCoToZaSamochódIDlaczegoTakiDrogiIKTOTOWSZYSTKOSPŁACI!" pomyślałam w panice, usiadłam na łóżku i otworzyłam oczy. Na szczęście to był tylko sen. Chociaż ostatnio nasza babcia zaczęła się buntować i po cichutku zaczęłam myśleć o nowszym samochodzie, to jednak taki za 100 000 to lekka przesada. Gdyby tak wygrać w totolotka... Niestety, nie mam szczęścia. Nawet w dzieciństwie biorąc udział w loteriach typu "każdy los wygrywa", dostawałam najgorsze badziewie. Na przykład zęby wampirze. Swego czasu miałam kilka sztuk. Ku zazdrości moich koleżanek, które wygrywały piłeczki na gumce, albo pierścionki z Sindbadem. A ja nie! I nie rozumiałam dlaczego one tak pragną tych wampirzych zębów. Ostatnio całkowicie jesteśmy pochłonięci oczekiwaniem. Na ferie oczywiście. W tym roku wypadają strasznie późno. Na szarym końcu jesteśmy. Ale już niedługo, całkiem bliziutko. W zeszłym tygodniu zaliczyłam wreszcie "Avatar", chociaż przez chwilę ogarnęły mnie wątpliwości, czy uda mi się zobaczyć ten film kiedykolwiek! Ale jakoś się udało. Oczywiście usmarkałam się i upłakałam straszliwie. Podwójnie. Bo 2,5 h w okularach do 3D to dla moich oczu stanowczo za długo... No dobra, nie tylko z tego powodu łzawiłam. Kiedy Żejksuli klęczał w ichniejszej Częstochowie i przyszła do niego Niebieska, to zrobiło mi się jakoś tak... no... płaczliwie. Dobrze, że Anna była ze mną. Sprowadziła mnie do pionu niewinnym stwierdzeniem: "zobacz jak ona się ubrała!". Śmiałam się chyba z 10 minut. A później zaczęłam się zastanawiać: machnie jej dzieciaka, czy nie? A jak jej machnie to jakiej rasy będzie? Ogólnie film podobał mi się bardzo, bardzo. Chętnie obejrzę jeszcze raz. Acha, nie płakałam jak umarła Riplej. Zdziwiło mnie tylko, że obcego w sobie jakoś zniosła, a zabiła ją kula ze zwykłej broni ;) Wypadki chodzą po ludziach.
Duży zalicza. Religię. W tym miesiącu "Chwała na wysokości Bogu". Uczył się pilnie całą niedzielę, powtarzając modlitwę aż do znudzenia. Kiedy zamiast "Panie, Synu Jednorodzony" usłyszałam "Panie, Synu jednorazowy..." stwierdziłam, że już chyba umie i czas zamknąć podręcznik, bo dziecko mi skołowacieje do reszty. Miałam rację. Dostał 6. I w ogóle Duży dorasta. Na przykład we wtorek poszedł sam do szkoły. Od połowy drogi wprawdzie, ale zawsze... A wczoraj poszedł już spod domu. Ja i Mały jechaliśmy do Babci, szkoła w drugą stronę, więc wcale nie po drodze. Stałam przez chwilkę, żeby dodać Dużemu otuchy, a on odwracał się co chwila i machał do mnie, jakby wypływał gdzieś w morze, ale poszedł. Jestem taka dumna z niego! Pojechaliśmy z Małym do Babci w odwiedziny, w drodze powrotnej weszliśmy do Polo. Kupiłam kawałek "metrowca" na spróbowanie, bo jakoś tak nie składało się wcześniej i nie jadłam nigdy. Przymierzałam się do wykonania samodzielnego takiego ciasta, ale zrezygnowałam po spróbowaniu tego z Polo. Stanowczo nie jest to moje ulubione ciasto i raczej nigdy nie będzie. I z kolejki ciast do wypróbowania też wylatuje. Wieczorem zalogowałam się na FB, żeby zrobić porządki na farmie. Mały kręcił się jak zwykle po całym mieszkaniu aż wreszcie powiedział: "mamusiu daj mi do jedzeni coś z pola". Osłupiałam lekko, bo pola nigdy w życiu nie miałam i nic z pola nie mam. Tym bardziej, że zima w pełni i pola zasypane... Może ziemniaka on chce?
- Synku, przykro mi, ale nie mam nic z pola...
- W kuchni jest, chodź to ci pokażę - upierał się Mały.
Wiedziałam, że w kuchni nic z pola nie ma. Na pewno nie ma. Ale z ciekawości poszłam. Dziecko beztrosko machnęło palcami nad metrowcem, zapakowanym w czerwony papier, z napisem POLO. No tak. Ciasto z POLA :D Taka niedomyślna matka Ci się synu trafiła. Dam Ci za to Grześka z czekolady ;) A wczoraj, kiedy wychodziliśmy z sankami po Dużego do szkoły, Mały powiedział:
- Mamusiu, musimy uważać na słonie.
- ???
- Bo jak mi któryś usiądzie na sankach, to nic z nich nie zostanie...
A 20 lutego zaczynam szkolenie...


